"Ten to żarliwy, niezgłębiony popęd duszy ku dręczeniu samej
siebie — ku gwałceniu własnej natury, ku złoczynieniu dla samej miłości złego
— skłonił mię do snucia w dalszym ciągu i ostatecznie do całkowitego wypełnienia
męczarni, którą zgotowałem dla bezbronnego zwierzęcia.
Pewnego poranka — z zimną krwią — zadzierzgnąłem wokół szyi kota pętlicę
i powiesiłem go na gałęzi drzewa. Powiesiłem ze łzami w oczach—z najsroższymi
wyrzutami sumienia. Powiesiłem ponieważ wiedziałem, że mnie kochał i ponieważ czułem, że nie dał mi żadnego do gniewu
powodu. Powiesiłem, ponieważ wiedziałem,
że, czyniąc tak, popełniam grzech — grzech śmiertelny, który hańbi nieśmiertelną
duszę moją aż do stopnia wyświecenia jej — jeśli to jest możliwe — poza obręby nieskończonego miłosierdzia Wszechmiłosiernego i Wszechstraszliwego Boga. W
nocy, która nastąpiła po dokonaniu owego okrutnego czynu, zbudził mnie ze snu
okrzyk: Pożar! Kotary mego łóżka były w ogniu. Dom cały płonął. Kosztem niemałych
wysiłków uszliśmy płomieniom — moja żona, służący i ja. Ruina była doszczętna. Pożar pochłonął wszystką
moją fortunę i odtąd oddałem się rozpaczy.
Nie pragnę nawiązać łańcucha przyczyn i skutków pomiędzy mym
okrucieństwem a klęską — jestem wyższy ponad tego rodzaju słabostki.
Lecz zdaję sobie sprawę z łańcucha zdarzeń i nie chcę przeoczyć
ani jednego ogniwa. Odwiedziłem zgliszcza w dniu, który nastał po pożarze. Mury
z wyjątkiem jednego runęły, zaś ów jedyny wyjątek był właśnie przepierzeniem wewnętrznym,
niezbyt grubym, położonym mniej więcej w miejscu, na którym wspierało się wezgłowie
mego łóżka. Większość muru w tym miejscu oparła się działaniu ognia — wypadek,
który przypisywałem świeżo wykonanej odnowie. Wokół tego muru zgromadził się tłum
gęsty, a ci i owi szczegółowo i z ożywieniem zdawali się badać upatrzony jego
zakątek.
Wyrazy: Dziwne! Szczególne! — i tym podobne okrzyki wzmogły moją
ciekawość. Zbliżyłem się i ujrzałem, niby płaskorzeźbę uwypukloną na białej
powierzchni, postać gigantycznego kota.
Kształt jego był odtworzony z czarodziejską zaiste ścisłością. Na
szyi zwierzęcia zwisał — powróz.
 |
| Oko Davisa (rys.: Jasia Tyszkiewicz) |
W pierwszej chwili, gdym zjaw ów oglądał — mogłem to bowiem tylko
za zjaw uważać — zdumienie moje i przestrach nie miały granic. Lecz rozum
przyszedł mi wreszcie z pomocą. Kot — pamiętałem to dobrze — został powieszony
w przyległym budynkowi ogrodzie. Na okrzyk trwogi tłum niezwłocznie wtargnął do
ogrodu i zapewne znalazł się ktoś, kto kota od drzewa odczepił i przez otwarte
okno wrzucił do mego pokoju. Uczyniono to niewątpliwie w celu zbudzenia mnie ze
snu. Brzemię innych murów zasklepiło ofiarę mego okrucieństwa w miazdze świeżych
pokładów gipsu. Wapno tego muru, przesycone płomieniem padliny, utworzyło
podobiznę taką, jaką właśnie oglądałem.
W ten sposób — wobec dziwnego a opisanego powyżej trafu — jeśli nie
ukoiłem całkowicie sumienia, zaspokoiłem zdawkowo mój rozum, mimo to wszakże
traf ów głęboką bruzdą wyrył się w mej wyobraźni. Przez kilka miesięcy nie mogłem
się pozbyć zmory kociej, i w tym okresie czasu ponownie zakradło się do mej
duszy półuczucie, które miało pozory wyrzutu sumienia, lecz nim nie było. Posunąłem
się aż do opłakiwania straty zwierzęcia i do poszukiwania wszędy — w najnikczemniejszych
zakamarkach, które obecnie odwiedzam nałogowo, innego ulubieńca tegoż gatunku i
pozorów mniej więcej podobnych, aby mieć zastępcę.
Pewnej nocy, gdy na wpół obłędnie siedziałem w jednej bardziej niż
zatraconej norze, uwagę moją przykuł
nagle przedmiot czarny tkwiący na wierzchu jednej z olbrzymich beczek ginu czy też
rumu, które stanowiły główną ozdobę sali. Od kilku minut przyglądałem się uporczywie górnemu
dnu tej beczki, a obecnie zdziwiła mię przede wszystkim ta okoliczność, że dotąd
nie spostrzegłem tkwiącego na nim przedmiotu. Zbliżyłem się i zmacałem go dłonią.
Był to kot czarny, bardzo duży kot — pojemności co najmniej Plutona, podobny doń bezwzględnie, z wyjątkiem jednej różnicy.
Pluton na całym ciele nie miał ani jednego białego włosa; ten zaś był posiadaczem szerokiej
i białej, aczkolwiek nieokreślonego kształtu pręgi, która przysłaniała cały niemal
zakres piersi.
 |
| Rys.: Jasia Tyszkiewicz |
Zaledwo go dotknąłem — powstał nagle, zamruczał głośno, otarł się
o moją dłoń i zdawał się wyrażać swój zachwyt z powodu okazanych mu przeze mnie
względów. Był to właśnie ów wierny okaz, którego poszukiwałem. Natychmiast
zaofiarowałem się właścicielowi z kupnem tego kota, lecz ten nie uznał w nim swojej własności, nie
znał go— nigdy go dotąd nie widział. W dalszym ciągu darzyłem go pieszczotami i
gdy zamierzałem wrócić do domu, zwierzę wykazało chęć towarzyszenia mej osobie.
Pozwoliłem mu iść za sobą i,
schylając się od czasu do czasu, głaskałem je mimochodem. Wszedłszy do domu, zachował się
jak na swych własnych śmieciach i natychmiast zapłonął wielką przyjaźnią do mej małżonki.
Co do mnie — poczułem wkrótce rodzącą się w mej duszy odrazę do
niego. Był to skutek wprost przeciwny spodziewanemu przeze mnie. Nie wiem jak i
dlaczego się to stało, lecz jego widoczna dla mnie czułość napawała mię niemal
wstrętem i nużyła. Z wolna i stopniowo uczucia wstrętu i nudy wezbrały aż po
gorzki kres nienawiści. Unikałem zwierzaka. Niejasne poczucie wstydu i wspomnienie
pierwszego czynu okrucieństwa wzbraniały mi dręczenia tego zwierzęcia. Przez kilka
tygodni powściągałem się od bicia kota lub od popędliwych względem niego postępków,
atoli stopniowo — nieznacznie — zacząłem nań poglądać z niewysłowionym
przestrachem i milcząc uchodzić przed jego nienawistną obecnością jak przed
podmuchem dżumy. Do mej nienawiści dla zwierzęcia
przyczyniło się niewątpliwie odkrycie, którego dokonałem rankiem, nazajutrz po
sprowadzeniu go do domu, a mianowicie — tak samo, jak Plutonowi, brakowało mu
jednego ślepia. Z tego wszakże powodu zwierzę nabrało jeno tym większej wartości
w oczach mojej żony, która, jak już wspominałem, w wysokim stopniu posiadała
tkliwość serca, stanowiącą niegdyś moją cechę charakterystyczną oraz częstokroć
źródło najprostszych i najczystszych radości.
Wszakże przywiązanie do mnie kota wzrastało na przekór mej do
niego odrazy. Chodził krok w krok za mną z uporem, który trudno by było przekazać
zrozumieniu czytelnika.
Ilekroć siadłem, zwijał się w kłębek pod moim krzesłem lub wskakiwał
mi na kolana, obdarzając mię straszliwymi pieszczotami. Jeśli powstawałem z siedzenia,
wściubiał mi się między nogi i przyprawiał mię niemal o upadek lub, zanurzając w mym
ubraniu długie i ostre pazury, wpełzał mi tym sposobem aż na piersi. W takich
chwilach, pomimo żądzy zabicia go na miejscu, hamowałem się po części na skutek
wspomnienia mojej pierwszej zbrodni, lecz głównie — muszę to wyznać co prędzej — z powodu
rzetelnego przed zwierzęciem strachu.
Strach ów nie był właściwie obawą bólu fizycznego, a jednak znalazłem
wielkie prze- szkody do określenia go w sposób inny. Ze wstydem niemal wyznaję —
tak, nawet w tej celi zbrodniarza wyznaję niemal ze wstydem, że strach i przerażenie,
którymi napełniało mnie zwierzę, wzrosły dzięki jednej z najwierutniejszych mrzonek,
na jakie tylko zdobyć się można. Żona moja nieraz zwracała mi uwagę na zarys białej pręgi,
o której mówiłem, a która stanowiła jedyną
widomą różnicę pomiędzy tym dziwnym a owym zamordowanym przeze mnie okazem.
Czytelnik bez wątpienia przypomina sobie, iż owa oznaka, mimo sporych rozmiarów,
miała pierwotnie kształt nieokreślony, lecz z wolna — w miarę stopniowań —
niepochwytnych stopniowań, w których mój rozum przez czas długi chciał się koniecznie
dopatrzyć urojeń — nabrała wreszcie nieodpartej jasności zarysów. Stała się teraz
odwzorem przedmiotu, którego nie mogę bez zgrozy nazwać po imieniu, a tu właśnie i tu
przede wszystkim taiło się to, co mnie zmuszało do powzięcia strachu i wstrętu względem
potwora i co skusiłoby mnie do pozbycia się go na zawsze, gdybym miał śmiałość po temu. Obecnie — powtarzam — była to podobizna ohydnego, złowieszczego narzędzia — podobizna szubienicy.
O, grobowe i straszliwe narzędzie! Narzędzie zgrozy i zbrodni — agonii i śmierci!
 |
| Rys.: Jasia Tyszkiewicz |
Byłem oto zaiste nieszczęśliwy ponad miarę nieszczęścia dostępnego
człowiekowi. Bydlę przyziemne, którego brata znicestwiłem wzgardliwie — bydlę
przyziemne zgotowało dla mnie — dla
mnie, istoty stworzonej na wzór i podobieństwo Boga Najwyższego, klęskę tak
wielką i tak ponad siły! Niestety, ni dniem, ni nocą nie zaznałem odtąd słodyczy
spoczynku! Dniem zwierzę nie opuszczało
mię ani na mgnienie, a nocą — co chwila — po to się jeno budziłem z niewypowiedzianie
trwożnych snów, aby wyczuwać na twarzy ciepły oddech owej namacalności i jej wiekuiście utrwalane na mym sercu
niepomierne brzemię — wcielenie Zmory, z której nie mogłem się otrząsnąć!
Pod uciskiem takich męczarni źdźbło pozostałych we mnie dobrych uczuć
— sczezło. Złe tylko myśli poufaliły się z mym duchem — najmroczniejsze i
najnikczemniejsze ze wszystkich myśli. Właściwa memu usposobieniu posępność
urosła aż do rozmiarów nienawiści dla wszelkiej rzeczy i wszelkiej istoty ludzkiej.
Tymczasem żona moja, która się nigdy nie
skarżyła, stała się — niestety — moim codziennym kozłem ofiarnym,
najcierpliwszym łupem nagłych, częstych i nieposkromionych wybuchów nienawiści,
której się odtąd oddawałem na oślep. Pewnego dnia — gwoli jakiejś domowej
potrzeby — towarzyszyła mi w zejściu do piwnic starego domostwa, gdzie
zamieszkaliśmy pod musem nędzy. Kot szedł za mną po stromych stopniach schodów
i, na wstępie, omal nie wywróciwszy mnie na głowę — rozjątrzył mój gniew aż do
obłędu. Uniósłszy topora i zapomniawszy w mej wściekłości dziecinnego strachu,
który dotąd dłoń moją hamował, wymierzyłem w zwierzę cios, który byłby śmiertelny,
gdyby padł jakom chciał. Wszakże cios ów powściągnęła dłoń mej żony. To pośrednictwo
podjudziło mię aż do szatańskich rozścierwień. Wyszarpnąłem dłoń z jej uścisku i
zanurzyłem topór w jej czaszce. Padła trupem na miejscu, nie wydawszy jęku".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz